|
Był sobie Jurek, mędrzec z Mississagi Nie wierzył w cuda ani w Baba Jagi Nie wierzył w szczęście, czy fatalnego pecha Ani to co z ambony, głosił każdy klecha Gdy ktoś powiedział: Słońce dzisiaj świeci!, Jurek odpowiadał: Że to wymysł dzieci! Gdy deszcz lunął z ciemnego nieba, Rzekł nie wierzę, dowodów mi trzeba! Nie wierzył złotej rybce, która wpadła w sieci Ani bocianom, co roznoszą dzieci. Nie wierzył także dla własnego kota Że myszy nie ruszy gdy przyjdzie ochota [solo] Chciał szczęście centymetrem zmierzyć Zważyć prawdziwe piękno aby w nie uwierzyć Zobaczyć smak kotleta schabowego Dotknąć wonny zapach jaki wychodzi z niego Ciągle zmieniał miarki, wzorce, odważniki Za każdym razem otrzymywał inne wyniki W książkach się zakopał, po uszy bez miary Ale i tam nie znalazł poszukiwanej wiary Raz sąsiad rzekł z szczerym uśmiechem Musisz się pogodzić ze swoim pechem Bo gdy nie wierzysz dosłownie w nic, To wnet uświadomisz, że ty, to nie jesteś ty! I odtąd Jurek, choć został sceptykiem, Uśmiechnie się czasem nad swoim nawykiem. Szukanie prawdy po dzień dzisiejszy trwa A Jurek jak dobrze się miał, tak dobrze się ma. |