|
Słuchajcie, ludzie, spod samiuśkich Tater, Gdzie halny po grani wygwizduje wiater, O ławce w parku — jak te góry starej Słuchajcie uważnie, opowiem wam dalej Stoi pod świerkiem w cieniu dostojnie, Choć deszcz ją smagał i mróz darzył hojnie, A na oparciu, krzywo, nieśmiało, Wyznanie komuś wydrapać się chciało „IZABELLA W KLESZCZACH MIŁOŚCI” — Aż park zamilkł w cichej zazdrości. Litery chwiejne, każda w inną stronę, Jakby je pisało, serduszko szalone. A pod napisem — serduszko zuchwałe, Na pół pęknięte, przebite strzałą Nie z plastiku, nie z jakiejś tandety — Ino z prawdziwej, parkowej podniety! Bo Izabella — dziewczyna z doliny, Miała dwa dołki i z tej to przyczyny, Każdy Jasiek, Stasiek, Józek czy Franek Gubił rozsądek nim przyjdzie poranek. Lecz jeden Jasiek, juhas z owcami Z sercem gorącym jako piec nagrzany Spojrzał — i przepadł biedak w całości Wpadł po kolana w… kleszcze miłości! Oj, wpadł i trzymał! A ona? O rety! Niby ucieka — ale wraca niestety. Bo miłość to nie jakiś pstrąg w potoku, Co zjawia się i znika po jednym podskoku. Ludzie gadali przy ławce w zadumie: „To czary jakieś, głowa nie zrozumie!” Baby szeptały przy wina butelce „Kto tu przysiądzie, ten gubi serce Bo ta ławczyna ma tajemną moc Działa na wszystkich, tak w dzień jak i w noc Nie zdążysz w ukłonie zdjąć swej czapki Już ci miłość na oczy zakłada klapki I tak do dzisiaj pod świerkiem czeka By pchnąć do miłości porządnego człeka Napis wycięty krzywo, choć zjada go czas, Mięknie przy nim serce jak najtwardszy głaz Bo miłość, ludzie, to nie matematyka — Nie jakieś równanie czy statystyka Jak złapie — trzyma, i to bez litości To cała historia o kleszczach miłości. |