Tuż po ogłoszeniu, że udało się osiągnąć porozumienie w sprawie tarczy antyrakietowej (co nastąpiło tuż przed Świętem Żołnierza) polskie media podały informację, że premier Donald Tusk pogratulował polskiemu konstruktorowi pocisku antyrakietowego "Patriot" płk. inż. Zdzisławowi Julianowi Starosteckiemu. Niżej - felieton przedstawiający sylwetkę konstruktora, wygłoszony 20 kwietnia 2003 r. w Radiu „PolMyśl” w Kitchener przez Jerzego Bulika w ramach prowadzonego przezeń cyklu „Polacy nie gorsi”.
Niezależnie od tego, jakie mamy poglądy na doskonalenie techniki wojennej, czyli mówiąc wprost techniki zabijania, nie zmienia to faktu, że współtwórcą nowoczesnej rakiety „anty-rakiety” Patriot, jednej z pierwszych tego typu broni na świecie, był nasz rodak - pochodzący z Łodzi Zdzisław Starostecki. Uważam, że powinniśmy wiedzieć, jak doszło do tego, że Polak przyczynił się do opracowania tej rakiety.
Zacznijmy od początku, tj. od urodzenia się Starosteckiego, co nastąpiło w roku 1919 w Łodzi. Ojciec jego był zawodowym oficerem, wobec czego rodzina często zmieniała miejsce zamieszkania. Dzieciństwo i młodość spędził na Pomorzu, m.in. przez cztery lata w korpusie kadetów, w Chełmie. Jednak nie widział swojej przyszłości w koszarach. Lubił przebywać wśród lasów, pól i jezior, chciał studiować na warszawskiej Wyższej Szkole Gospodarstwa Wiejskie go, zostać agronomem, żyć na wsi. Wojna zmieniła zasadniczo te jego plany życiowe.
W trakcie kampanii wrześniowej zaciągnął się do armii gen. Kleeberga, walczył w jej szeregach aż do bitwy pod Kockiem. Po tej bitwie dostał się do niewoli niemieckiej, z której uciekł. Przedostał się do rodzinnej Łodzi, a kiedy ta została przyłączona do Rzeszy - przeniósł się do Warszawy. Związał się tam z konspiracją ZWZ, ale postanowił przedostać się do armii polskiej na zachodzie. Próbował przejść przez Tatry na Węgry, ale Niemcy w tym czasie mocno strzegli granicy, więc zaniechał przejścia tą trasą. Spróbował przejść przez Ukrainę na południe - i tam wpadł w ręce NKWD. Skazany na 10 lat łagru, najpierw rąbał lasy w bagnach nad Peczorą, a następnie został przeniesiony do kopalni złota na Kołymę.
Jego udziałem była znana powszechnie obozowa rzeczywistość: awitaminoza, kurza ślepota, jedzenie trawy i mleczu. Próbował uciec z obozu nad Peczorą - dostał dodatkowe dwa lata. Próbował uciekać z obozu nad Kołymą, ale po jednym dniu brodzenia przez bagna, gryziony przez tysiące komarów, sam wrócił do obozu. Szczęśliwie koledzy ukrywali jego nieobecność i władze obozowe nie dowiedziały się o próbie ucieczki.
Wolność przyszła, gdy Związek Radziecki zaatakowany przez Niemcy zmienił front w stosunku do Polaków i zezwolił na tworzenie się armii polskiej pod dowództwem gen. Andersa. Starostecki nie uległ namowom obozowego politruka, aby wstąpić do Armii Czerwonej. Przemierzył pół Syberii i dotarł do Tockoje, gdzie organizowała się armia polska. Stąd przez Bliski Wschód..., do ziemi włoskiej..., do Monte Cassino. Jego czołg był jednym z pierwszych, które zdobyły kluczowe wzgórze „Widmo”. Order Virtuti Militari V klasy. Trzy razy ranny w czasie kampanii włoskiej, najciężej w czasie natarcia na Bolonię. Wyszedł ze szpitala dopiero w 1946 roku. Przeniósł się do Wielkiej Brytanii, gdzie studiował w The London School of Business.
W 1952 roku wraz z żoną Ireną zdecydowali się emigrować do Stanów. Osiedlili się na obrzeżu aglomeracji nowojorskiej w miejscowości Harrison. Teraz zaczęły się dla Zdzisława Starosteckiego ciężkie czasy. Wykształcenie, które zdobył w Anglii, okazało się bezużyteczne - w tym zawodzie nie było pracy. A miał już na utrzymaniu dwoje dzieci. Pracował najpierw jako tokarz, a następnie udało mu się dostać pracę kreślarza w Edison Laboratories [Thomas Edison Research Center in Orange, New Jersey]. To z kolei umożliwiło mu podjęcie studiów bardziej użytecznych na tym kontynencie. Zacisnął zęby i z determinacją odbył 7-letnie studia wieczorowe na prestiżowej i drogiej politechnice Stevens Institute of Technology [Hoboken, New Jersey], uzyskując tytuł inżyniera mechanika.
Z dobrą opinią z Edison Laboratories, z dyplomem inżyniera i ze swoją wojenną przeszłością wystąpił o pracę w Centrum Badań Obronnych Armii USA, w Dover, New Jersey. Prawdopodobnie w przyjęciu do pracy w tym miejscu pomogły mu zasługi wojenne. Amerykanie chcieli zatrudniać w tym ośrodku wyłącznie ludzi absolutnie pewnych. Był to szczytowy okres zimnej wojny i prześwietlanie pracowników było bardzo dokładne i długotrwałe. Wyniki tego sprawdzania najwidoczniej okazały się dla Starosteckiego pozytywne, bo został tam przyjęty do pracy.
Najpierw pracował nad pociskami do działa 275 mm, zdolnymi do przenoszenia głowic jądrowych. Jednak nie czuł się w tym dobrze, jak sam się wyraził: „Za duże to wszystko było i za ciężkie”, więc przeniósł się do działu rakiet przeciwpancernych. Wymagana tu precyzja bardziej mu odpowiadała, mimo że spowodowała konieczność odbycia dalszych studiów, tym razem w dziedzinie balistyki.
Doświadczenia zdobyte przy opracowywaniu rakiet przeciwpancernych okazały się przydatne w zespole pracującym nad rakietą SAM/D [Surface-Air-Missile/in-Development], przeznaczoną do zestrzeliwania samolotów lecących na dużych wysokościach, wysokościach rzędu 30-40 km, tj. takich, na których zdolne były latać ówczesne wersje radzieckich MIGów. Następnie pojawiła się rakieta Patriot. Początkowo przeznaczona ona była - podobnie jak rakieta SAM/D - do zwalczania samolotów, ale w trakcie prac okazało się, że może być używana również do zestrzeliwania rakiet balistycznych. Rakieta powstawała w firmie „Raytheon”, a Starosteckiemu, który w tym czasie już zapracował na autorytet eksperta w dziedzinie broni rakietowej, powierzono zadanie koordynowania i nadzorowania prac nad rakietą z ramienia Departamentu Obrony. Sam Starostecki mówił o pracy nad tym projektem, że był to fascynujący okres w jego życiu. Aktywnie i twórczo uczestniczył w pracach nad pierwszą rakietą-antyrakietą. Doprowadził konstrukcję Patriota do końca, tj. do gotowości bojowej, i pod jego okiem seria rakiet przeszła pomyślnie przez wszystkie próby.
Rakieta Patriot była ostatnim „dzieckiem” Zdzisława Starosteckiego. Po zakończeniu prac nad tą rakietą przeszedł na emeryturę i osiadł w rejonie Sarasoty, na Flory dzie. Nawiasem mówiąc, znalazł się tam w doborowym polskim towarzystwie, w tym rejonie bowiem zamieszkuje również prezentowany w niniejszym cyklu Janusz Przemieniecki, i nieprezentowany, ale niewątpliwie powszechnie znany i wybitny Polak płk Kukliński; tam również mieszkał do momentu swojej niedawnej śmierci ostatni dowódca dywizjonu 303 płk Wojciech Kołaczkowski.
Historia naszego rodaka Zdzisława Starosteckiego, współtwórcy rakiety Patriot, zawiera w sobie jeszcze jeden bardzo ciekawy, polski element. Łatwo jest sobie zdać sprawę z tego, jak bardzo były utajnione prace nad rakietą, jak bardzo prześwietlani byli ludzie, którzy uczestniczyli w tych pracach. Trwał okres zimnej wojny, a to była pierwsza rakieta do zwalczania rakiet balistycznych, jednym słowem - coś w rodzaju superbroni. I co się stało? Otóż proszę sobie wyobrazić, że dokumentacja Patriota została Amerykanom wykradziona, a dokonał tego niezwykłego szpiegowskiego wyczynu oficer polskiego wywiadu ppłk Zdzisław Przychodzeń. Zwerbował on do współpracy małżeństwo: Rudy Schiller i Jamesa Harpera, zatrudnionych w firmie Systems Controls w Kalifornii, która miała dostęp do planów Patriota - i to oni wykradli dla niego dokumentację. Amerykanie wykryli kradzież, ale w tym czasie dokumentacja już była w Polsce. Harper wraz z żoną zostali aresztowani, a ppłk Przychodzeń zdążył opuścić Stany przed aresztowaniem. Był zaocznie sądzony, został skazany i wyrok amerykańskiego sądu wisi nad nim do dziś.
Pomyślmy, jak ta sytuacja wyglądała: z jednej strony całej sprawy Polak, Starostecki, współtwórca Patriota, a z drugiej inny Polak, Przychodzeń, szpieg, który wykradł otoczoną murem tajemnicy dokumentację rakiety. Sytuacja budziła oczywiste domysły i podejrzenia. Czy to tylko przypadek, że Polacy są na obydwu biegunach tej afery? Oczywiście Starostecki stał się podejrzanym w tej sprawie - sprawdzano bardzo skrupulatnie, czy nie był pomocnikiem szpiega, może nawet mimowolnym. Ostatecznie został oczyszczony z wszelkich podejrzeń.
Jednak dla Starosteckiego sprawa się na tym nie skończyła. Był zbulwersowany tym, że zarówno ppłk Przychodzeń, jak i drugi znakomity szpieg okresu Polski Ludowej Marian Zacharski, który wykradł Amerykanom prawie kompletny zestaw technologii rakiety przeciwlotniczej Hawk i rakiety balistycznej Minuteman, pozostali w strukturach kierowniczych polskiego wywiadu po roku 1989, tj. kierowali pracami polskiego wywiadu w III Rzeczypospolitej. Starostecki uważał, że powinni być z wywiadu usunięci i pisał w tej sprawie już do pierwszego premiera III Rzeczypospolitej, Tadeusza Mazowieckiego. Jego wystąpienia nie doczekały się żadnej odpowiedzi i nie wywołały żadnych skutków. Pozostawiam to Państwu do osądzenia: czy rację miał rząd polski zostawiając w służbie wywiadowczej znakomitych fachowców, którzy wykazali mistrzostwo w swojej specjalności i bez względu na osobiste ryzyko realizowali polecone im zadania, czy też rację miał Starostecki uważając, że w momencie, kiedy Polska znalazła się w tym samym obozie politycznym co Stany, oficerowie wywiadu, którzy poprzednio pracowali przeciwko Stanom, powinni odejść. A z drugiej strony, czy historia opracowania rakiety Patriot, a następnie wykradzenia jej planów, nie jest wspaniałą ilustracją tezy, że Polacy mogą być nie tylko nie gorsi, ale że mogą być wręcz znakomici... w przeróżnych zadaniach, jakie im zostaną zlecone!
Zdzisław Starostecki posiada liczne odznaczenia państwowe amerykańskie i polskie, z których chciałbym wymienić tylko jedno: Krzyż Czynu Bojowego Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Wymieniam to odznaczenie, gdyż przyznanie mu Krzyża było pierwszym przypadkiem nadania go za zasługi mające miejsce po zakończeniu II wojny światowej.
Myślę, że osoba Zdzisława Starosteckiego powinna być nam bliska również z tego względu, że był on imigrantem na tym kontynencie tak jak my i przebijał się przez takie same trudności życiowe, przez jakie wielu z nas przechodziło i nadal przechodzi. Pomyślmy, jaką przeszedł drogę od tokarza do eksperta broni rakietowej na poziomie Department of Defense, czyli Ministerstwa Obrony. Pomyślmy o tym, jak wiele silnej woli, ile pracy, ile poświęcenia, ile samozaparcia wymagało to, aby mając obowiązki wobec rodziny przez siedem lat pracować i jednocześnie studiować wieczorowo na prestiżowym, czytaj „drogim” uniwersytecie. Myślę, że jest to dla nas i przykład, i zachęta do podejmowania wyzwania, któremu na imię „imigracja”.
Jerzy Bulik